sobota, 16 marca 2013

Part One

'I can't change'

*Jade*
Na świecie żyją różni ludzie. Niektórzy liczą się bardziej, inni już mniej. Chyba bez oporów mogę zaliczyć się do tej mniej znaczącej części. Widzę, że codziennie bardziej się wyniszczam, ale nie mogę przestać. Anoreksja to też nałóg. Nałóg, albo coś jeszcze gorszego. Każdego poranka spoglądam w lustro, i widzę jak krzywdzę moje ciało, i bliskie mi osoby. Ale to jest już zakodowane w mojej głowie. Nie mogę się zmienić.
- Co jest? - Do moich uszu, dotarł dobrze znany mi głos. Olivia jest moją przyjaciółką pomimo, że się różnimy. Czasem aż za bardzo.
- Wszystko dobrze. - Widziałam, że nie wierzy, jednakże nie chciała się kłócić. Jutro mam urodziny. Wreszcie będę miała 17 lat. Podobno takie chwile należą do szczęśliwych, jednak nie dla mnie. W każdym kolejnym dniu życia idę pod prąd. Robię miliard rzeczy wbrew sobie, i nie mogę przestać. Bez najmniejszego przeczenia włóczę się z Olivią po mieście, a to zawsze źle się kończy. Dochodzi północ, a my siedzimy na opuszczonej stacji kolejowej, na obrzeżach miasta. Jak zwykle, czekamy na James'a. Pomiędzy nami jest burzliwa atmosfera, ale wytrzymujemy ze sobą.
- Znowu z nią? - Spojrzałam w stronę, z której dochodził dźwięk. W końcu się pojawił, a po Jego pierwszych słowach miałam ochotę uciec. Nigdy z Nim nie rozmawiałam. Zawsze czekałam w milczeniu, aż zakończy swój niezwykle ciekawy monolog.
- Odwal się. Jest moją przyjaciółką. - Ucięła krótko blondynka, po chwili zawieszając się na szyi bruneta. Czasami miałam wrażenie, że spotyka się z Nim w celu przetrwania. Nie boi się powiedzieć w Jego stronę słów krytyki, a jednocześnie po chwili zgrywa słodką dziewczynę. Chwila ciszy i przekazanie sobie białego proszku należało do codzienności Ich spotkań. Wstałam z chłodnego, metalowego toru, i wolnym krokiem ruszyłam za dwójką, w tej chwili nie zwracającą na mnie żadnej uwagi. Czułam się jak powietrze. Jedynie ciągnięcie mnie za nadgarstek ze strony przyjaciółki, przywoływało mnie do istnienia. W odległości zauważyłam małą grupę osób, kierującą się w naszą stronę. Nie poznałam Ich twarzy, więc w pierwszej chwili poczułam, że muszę uciekać. Tylko, że gdybym tak zrobiła, przestałabym istnieć.
- Znowu na naszym terenie? - Odezwał się mężczyzna, a Jego twarz zakryta była ciemną bandam. Wiedziałam, że dzisiejsza wyprawa zakończy się gorzej niż zwykle.
- To jest mój teren. - Uciął James, popychając chłopaka. Ruszyliśmy dalej, jednak nasza droga trwała chwilę. W ułamku sekundy zauważyłam broń, i leżącego na ziemi bruneta. Krzyki Olivii, i moja bezradność nic nie zdziałały. Z przerażeniem w oczach przyglądałam się jak James traci przytomność, podczas gdy inni Go biją. Nie mogłam nic zrobić. Byłam unieruchomiona przez jakąś kobietę, mocno trzymającą moje ramiona. Moja przyjaciółka zaczęła się szarpać, jednak w rezultacie zakryty mężczyzna zacisnął uścisk jeszcze bardziej. Spojrzała na mnie przerażona. Czułam, że robię się blada. Nie teraz, proszę. Momentalnie upadłam na ziemię, i znalazłam się obok półprzytomnego chłopaka. Gang oddalił się w ciemność, a my zostaliśmy sami, we trójkę.
- Dzwonię na policję. - Rzuciłam bezmyślnie, wyciągając z torby telefon.
- Tak? I co im powiesz? Że wyrównali z nami rachunki? - Spytała ironicznie blondynka. - Przecież wiesz, że On jest notowany. Dla nich to nic nie znaczy, że został pobity. Taki gang, jest u Niego na porządku dziennym. - Powiedziała już nieco spokojniejszym głosem, w międzyczasie ocierając rany bruneta. Czułam się bezsilnie. Cokolwiek nie zaproponuję, kończy się to źle.
- Cholera, spadamy. - Dwa słowa, wydobywające się z ust James'a, i zdenerwowanie, malujące się na twarzy obydwojga. Spojrzałam przed siebie. Kilka oślepiających świateł samochodów i ludzie, szybkim tempem zbliżający się w naszą stronę. W tej chwili nie myślałam. Policja zadawała miliony pytań, na które nie odpowiadałam. Usłyszałam tylko pierwsze skierowane do mnie słowa, od strony James'a. Pochwalił mnie, czyli powinnam zacząć się bać.


*Godzinę później*
*Olivia*

Jak zwykle nas zgarnęli. Nie ma takiej możliwości, żeby ten idiota nie wpakował się w żadne kłopoty. Pamiętam minę mamy mojej przyjaciółki. Raczej nie wróżyła nic dobrego.
- Co z Jade? - Spytałam, a kobieta obrzuciła mnie niemiłym spojrzeniem.
- Koniec tego wszystkiego, Olivia. To zaszło za daleko. - Odetchnęła głęboko, po chwili dodając słowa, które zabolały najbardziej. - Musicie skończyć się widywać. Przykro mi, ale tak będzie lepiej. - Spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Ale.. - Nie skończyłam. Pierwszy raz w życiu zabrakło mi argumentów. Była moją przyjaciółką od zawsze. Zależało mi na Niej, a teraz Ją straciłam.
- Proszę, obiecaj że nie będziesz się z Nią kontaktować. Są wakacje, więc pojedziemy do Jej babci. Uwierz mi, martwię się o Nią. Żegnaj. - Dodała, po czym odeszła, zostawiając mnie samą na środku korytarza. Nie mogłam się nawet pożegnać? Co to by zmieniło?
Przepełniona złością wyciągnęłam paczkę papierosów, i zwinnym ruchem odpaliłam jednego. Nie paliłam od dwóch dni. Miałam wahania, chciałam się zmienić. Chciałam, żeby było jak dawniej. Ale teraz nie muszę. Nie muszę się starać, bo straciłam Jade. Nic już tego nie zmieni, więc po co się hamować? Kątem oka, zauważyłam moją przyjaciółkę, powolnym krokiem idącą w stronę wyjścia. Nie mogła nawet ustać na nogach. Nie pomogłam Jej wyjść z anoreksji. Jeszcze bardziej Ją niszczyłam. Spojrzała na mnie. Chciała nawet podejść, ale matka Jej nie pozwoliła. Uroniłam łzę, a mój ciemny cień delikatnie rozmazał się, zostając na policzku. Była dla mnie jak siostra. Czy nigdy Jej już nie zobaczę?
.......................................................................................................................

Pierwszy rozdział za mną.
Brzmi jak koniec, a jest początkiem.
No, nieźle zaczynam.. końcem..
Czekam na szczere opinie, dotyczące moich
pomysłów, które szczerze średnio przypadły do
mojego gustu, ale nie od razu Rzym zbudowano :)
Marseille.